KOWALA WE WRZEŚNIU 1939

KOWALA WE WRZEŚNIU 1939 ROKU – zapiski Marii z Kuźnickich Walewskiej  

Maria Sylwia Walewska (1895-1980) była ziemianką z Kowali Stępociny i działaczką organizacji kobiecych u ówczesnym powiecie radomskim. Od 1920 roku wraz z mężem, gospodarowała w majątku Kowala Stępocina. Pracowała społecznie – wydzierżawiła gminie dawną dworską karczmę z morgą ziemi dla powstającej w Kowali szkoły powszechnej; w Dozorze Szkolnym zajmowała się organizowaniem i kontrolą szkolnictwa podstawowego w powiecie radomskim; działała w radomskim Kole Ziemianek i Stowarzyszeniu Młodzieży Katolickiej; organizowała w Kowali Stowarzyszenie Niewiast Katolickich; była przewodniczącą Kół Gospodyń Wiejskich.

Okres II wojny światowej spędziła w Kowali, gdzie między innymi współorganizowała tajne nauczanie. Po II wojnie, w wyniku postanowień reformy rolnej, rodzina Walewskich została usunięta z majątku w Kowali, ktory został rozparcelowany. Maria Walewska pozostawiła zapiski prowadzone w okresie, kiedy zamieszkiwała Kowalę i w okresie wcześniejszym. Kilka obszerniejszych wspomnień po jej śmierci zostało opracowaych i opublikowanych w dwóch publikacjach:  „Rok 1918. Wspomnienia Maraia Walewska”, Biblioteka Narodowa, 1998 oprac i przygotowanie do druku dr Elżbieta Słodkowska – córka Marii Walewskiej  

” W cieniu ustawy o reformie rolnej. Wspomnienia z lat 1944-1945″ ,Instytut Studiów Politycznych PAN, Warszawa 2007.

  Autorka wnikliwa obserwatorka barwnym i ciekawym językiem opisuje ówczesne życie rodzin ziemiańskich na tle życia innych grup społecznych. ” Walewska bowiem uważnie obserwuje i opisuje zmiany, jakie zachodzą także w jej dalszym otoczeniu: w warstwie chłopskiej, wśród inteligencji i mieszczaństwa. Co więcej, jej obserwacje odnoszą się nie tylko do środowiska najbliższego autorce: folwarku i wsi Kowala Stępocina oraz pobliskiego Radomia. We wspomnieniach znajduje się wiele cennych informacji na temat wydarzeń i przemian na całych ziemiach polskich, a nawet poza granicami kraju” – napisał prof. dr hab. Krzysztof Jasiewicz w przedmowie do książki „W cieniu ustawy o reformie rolnej”.

Poniżej  prezentujemy fragmenty wspomnień Marii Walewskiej opisujące  pierwsze dni Września 1939 roku w Kowali.

 

„Kalendarz pierwszych dni września 1939 roku przeżytych we wsi Kowala, pow. Radom, województwo kieleckie” Marii Sylwii z Kuźnickich Walewskiej, napisany w 1967 roku „na podstawie krótkich notatek robionych w pierwszych tygodniach wojny”. Liczący 51 stronic maszynopis przechowywany jest w zbiorze rękopisów Biblioteki Narodowej w Warszawie.

 

2 września 1939

Ranek pochmurny, mglisty. Około dziewiątej idę do jadalni, aby posłuchać radia. Mieliśmy mały aparat „kryształek”, na słuchawki. Słyszę jakieś dziwne ogłoszenia: – Uwaga! Uwaga! lub Ra-Ka-Wa-nadchodzi-przeszedł! I znowu za chwilę podobne wezwania. Nic nie rozumiem. Na tak małym aparacie nic poza Warszawą nie można było usłyszeć. Jesteśmy zaniepokojeni. Ubieram się szybko. I mąż, i dzieci co pewien czas kładą na uszy słuchawki, ale słychać tylko te dziwne wezwania: – Uwaga, Uwaga – nadchodzi! […]

Gdy wyszłyśmy z kościoła, dobiegła nas wieść, że wojna już rozpoczęta. Parę kobiet płakało. Idziemy więc sporą gromadką do gminy, aby sprawdzić tę wiadomość. Przed budynkiem urzędu gminnego spotykamy nauczyciela – Jana Tarnasiewicza. Wita się. Potwierdza wiadomość o wojnie. Urzęduje w gminie jako zastępca sekretarza Wieloszewskiego, który został wezwany na zastępstwo do gminy Wieniawa, skąd wszystkich pracowników powołano do wojska. Nasi pomocnicy gminni też powołani – wyjechali. Pan Tarnasiewicz przyjmuje telefony z powiatu, uspokaja, radzi sołtysom, aby poszli na zebranie do domu parafialnego. Muszę więc i ja tam iść. Duża sala zapełnia się. Mówią o wojnie, o przygotowaniach, zabezpieczeniach (naturalnie myślało się wtedy o gazach). Ludzie są poważni, słuchają, często pytają. […] Telefonował starosta, że wojna już na pewno, ze były już naloty na Kraków, Katowice, Poznań. W każdej chwili spodziewany jest nalot na Sadków (radomskie lotnisko). Uprzedzić ludność. Uspokoić.

W radio nadają przemówienie prezydenta Mościckiego i znów te niezrozumiałe słowa: – Uwaga, Uwaga – Pe-Ra-Ko- nadchodzi, przeszedł. Pewnie jakieś poszukiwania Jasiów i Stasiów. Używam ogrodnika i polecam mu sprzątnąć porządnie piwnicę, tę dużą (trzyizbową pod altaną). […]
Tymczasem nadszedł proboszcz Koziński. Rzucił projekt nałożenia punktu żywnościowego na stacji w Rożkach, gdzie już obecnie stoi kilka pociągów z wojskiem. Zgłaszam na początek nasze dwa duże samowary. Druhny ze stowarzyszenia dziewcząt mają pójść jutro na stację, aby zorientować się w możliwościach realizacji tego projektu. […] Wszyscy są chętni do pracy i pomocy. […]
Tak mija ten dzień pełen wrażeń, pracy i niepewności. Radio nadaje ciągle te dziwne komunikaty o nalotach i co pewien czas powtarza odezwę prezydenta Mościckiego. W wieczornym dzienniku mówią o krwawych walkach na pograniczu. To wszystko jest przygnębiające. (Maria Walewska)

 

3 września 1939

Koło dziesiątej znowu usłyszeliśmy warkot samolotów, ale szlak ich drogi jakoś ominął Kowale. Mimo to, wszyscy, po powrocie z kościoła rozebrali między siebie gazowe maseczki, zwiedzili schron w piwnicy pod altanką i nie oddalali się zbytnio od domu. […] W czasie obiadu, jak i przez całe popołudnie, trwała ciągła dyskusja polityczna, a właściwie napastliwa krytyka wojny, stanowiska rządu polskiego i w ogóle wszystkiego, co polskie. Rozgoryczeni i wykolejeni wybuchem wojny ludzie dawali upust swemu zdenerwowaniu. Prym w dyskusji wodził siostrzeniec męża, Jurek G., dwudziestoparoletni młodzieniec, student Wydziału Ekonomicznego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego; z racji słabego zdrowia w wojsku nigdy nie służył i nic w życiu jeszcze nie osiągnął, bo uczył się dość słabo, ale czuł się powołany do krytykowania wszystkiego i wszystkich.

 

5 września 1939

Rano dobiegła nas wiadomość, że drogą koło kościoła przechodzi polskie wojsko. Szli szlakiem „krakowskiego gościńca” prawdopodobnie licząc na to, że nie wytropią ich tak łatwo niemieckie myśliwce, często patrolujące nad kielecką szosą. Dzień był słoneczny, upalny. Nasi szli w pełnym uzbrojeniu i dźwigali na plecach pełny ekwipunek. Byli zmęczeni, bardzo spoceni. Kto mógł, kupował papierosy, piwo, lemoniadę i dawał przechodzącym żołnierzom. Sadownik wyniósł na drogę koszyk z jabłkami. Nasze dziewczynki wpadły biegiem na werandę, chwyciły opałki pomidorów i wróciły, by rozdać żołnierzom. […] Żołnierze nie byli w złej formie, żartowali nawet wesoło, obiecywali zwyciężyć Niemców, ale sam ich widok, takich zmęczonych, idących w pyle piaszczystej drogi na spotkanie z groźnym nieprzyjacielem, rzucającym bomby z samolotów, był już dostatecznie przygnębiający, nie budził nadziei.

 

6 września 1939

Samoloty nieprzyjacielskie ciągle przelatywały nad nami, to bliżej to dalej słychać było wybuchy bombowe, a dalej huk armat już i w dzień dał się zauważyć. W radiu podobno nawoływano by wszyscy mężczyźni wyjechali z Warszawy. O sąsiadach opowiadano, że szykują się do wyjazdu, proboszcz pytał, co myślimy robić? […]

Pod wieczór znowu wyszliśmy za park. Łuna dalekich pożarów rozlewała się po niebie, coraz szersza i czerwieńsza. Huk armat potęgował się z każdą chwilą. Robiło to tym większe wrażenie, że wokoło panowała wielka cisza. Nie latały już samoloty, nie skrzypiały koła wozów na pobliskiej drodze. Nie szczekały nawet wiejskie psy. W tę wielką ciszę tym silniej wdzierał się straszny pomruk co dzień bliższej wojny. Trudno było mieć nadzieję i łudzić się, że ta wielka fala pożarów i śmierci ominie Kowale. Nie było nawet o czym dyskutować. W milczeniu wróciliśmy do domu. […] Rozłożyliśmy jednak na stole mapę Polski, a ja, tak jakoś przypadkowo, chyba z dawnego przyzwyczajenia, włożyłam słuchawki na uszy i niespodziewanie usłyszałam słowa komunikatu wojennego. Trudno mi go dzisiaj powtórzyć, ale pamiętam, że było wymienionych parę miejscowości, które bardzo ucierpiały od niemieckich nalotów. […] Naraz uzmysłowiliśmy sobie, że to Lubelszczyzna, o której myśleliśmy jako o spokojnym azylu, jest już i bombardowana, i bezpośrednio zagrożona działaniami wojennymi. W tych warunkach wyjazd z Kowali do Krężnicy tracił wszelki sens. Mapa Polski mówiła nam wyraźnie, że szukanie dróg ucieczki przed wojną nie ma już realnych podstaw. […] Myśl o zakończeniu wojny już wtedy stawała się naszą obsesją, istną gwiazdą przewodnią, bez której trudno by było przeżyć lata okupacji.

 

7 września 1939

Samoloty niemieckie nadal krążyły po niebie, ale raczej szlakami bardziej odległymi od Kowali. Koło południa zauważyliśmy, że detonacje bombardowania słychać wyraźnie na wschodzie. Okazało się później, że lotnictwo niemieckie wyśledziło „ciąg za Wisłę” i bombardowało nieszczęsnych cywilnych uciekinierów. Małe miasteczko Skaryszew zostało wtedy prawie całkowicie zbombardowane i spalone. Byli zabici i ranni. […] Wielu, zwłaszcza idących na piechotę, zawróciło z powrotem do domu. Nad nami było trochę spokojniej. […] Panowie zaczęli obserwować przez lornetki, dobrze widoczną z naszego wzgórza, szosę kielecką, do której w prostej linii odległość nie wynosiła dwóch kilometrów. Zauważyli wyraźną zmianę kierunku ruchu. Coraz rzadziej samoloty zdążały na południe, ku Kielcom, a za to wzmógł się ruch w kierunku północnym, na Radom. Wyraźny odwrót – powiedział mój mąż. […]
[Dwaj zmobilizowani robotnicy z Dąbrowy Górniczej] żegnali nas grzecznie i zapewniali, że będą dotąd szli, aż karabiny do rąk dostaną i przeciwko Niemcom je skierują. To przypadkowe spotkanie potwierdziło moje głębokie przekonanie, że solidarność narodowa jest silniejsza od różnicy poglądów i interesów poszczególnych ludzi i grup społecznych. Przytłumiona przez te różnorodne, często egoistyczne interesy, dochodzi do głosu właśnie w momentach zagrożenia narodowego. W okresie wojny i okupacji niemieckiej niejednokrotnie i niespodziewanie spotkałam się z objawami tej solidarności, występującej nawet u ludzi, u których była dotąd raczej podświadomym instynktem.

 

8 września 1939

Panowie stale obserwujący szosę kielecką (z posterunku za altanką) stwierdzili zgodnie, że ustał zupełnie ruch w kierunku południowym, na Kielce, a za to w kierunku Radomia jadą nieprzerwanym szeregiem różne wozy i wózki, najwyraźniej tabory wojskowe w odwrocie. W pewnej chwili mąż mój zaklął nawet szpetnie (co mu się niesłychanie rzadko przytrafiało), gdyż dojrzał jadących na czele taboru kilkunastu ułanów z lancami i chorągiewkami. Jasne było, że gdy lotnicy niemieccy dojrzą tę wojskową eskortę, nie będą już mieli żadnych wątpliwości, jakie to wozy zapychają szosę. Rzeczywiście, koło południa, nadleciały niemieckie samoloty. Jedne jak jastrzębie wisiały długo nad szosą, inne szerokim kołem penetrowały całą okolicę, dość długo krążąc nad naszym parkiem. Panie chciały już uciekać do piwnicy, lecz młodzież wyszkolona przez ten pierwszy tydzień wojny zapewniała, że to tylko myśliwce szukające oddziałów wojskowych […]. Zjawiły się [wkrótce] liczne eskadry samolotów i zaczęło się bombardowanie długiego odcinka szosy kieleckiej (później czytałam gdzieś określenie, że była to bitwa o Radom). Przez lornetki można było widzieć, jak na szosie wytworzył się splątany kłąb wozów, koni i ludzi. Od padających bomb zaczęły palić się domy. Przypadkowo były to domy niemieckich kolonialistów, dość licznych w tej okolicy. Tym poszkodowanym władze niemieckie przydzieliły później mieszkania w pobliskich folwarkach: Jeżowa Wola i Ruda Wielka. […]

Nagle, któryś z panów krzyknął: Szosą w kierunku Radomia pędzą jakieś samochody. Nie, to czołgi, ale samochody też jadą i chyba to wszystko niemieckie.

Sparaliżowała nas ta wiadomość, ale po chwili znów ktoś z lornetką informował, że z samochodów strzelają, a w naszą stronę biegną ludzie, może to tyralierą żołnierską? Biegną, padają, znów się podnoszą, ale biegną raczej nie zorganizowani. To chyba żołnierze z taborów uciekają. Każdy z nas przykładał lornetkę do oczu, ale trudno było dobrze zorientować się w sytuacji. Tymczasem strzelanina na szosie powoli cichła, a w jakiś czas później w alei akacjowej zobaczyliśmy dwóch polskich żołnierzy. Byli właśnie z tych oddziałów ubezpieczających cofające się tabory. Gdy rozpoczęło się bombardowanie, rozproszyli się i ukryli, gdzie kto mógł, pod wozami, w rowach przydrożnych, w bruzdach na polu, a potem uciekali polami, bo strzelano do nich z przejeżdżających szosą czołgów i samochodów.

– Czy to na pewno były niemieckie czołgi i samochody?

– Na pewno.

 

Wybór fragmentów wspomnień Marii Walewskiej  za Stanisławem Zielińskim Biuletyn radomskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego „Radomir” – 3-4 (18-19) 1989, s. 13-30. Pismo ukazywało się jako kwartalnik.


Wróć

cbk (2)

 

ws_certyfikat_A4_2013_2014_10100127